tutoring

Tutoring. Prosta historia o tym, jak doświadczyłam siły wolności

Nazwijmy ją Kasia. Spotkałam ją po raz pierwszy, kiedy miała 17 lat i nauczyłam się od niej, co to znaczy dać wolność.

Zostałam jej tutorką w ramach programu rozwojowego fundacji, z którą  wtedy współpracowałam. Urocza, pracowita i zdeterminowana dziewczyna. Zaangażowana w całe mnóstwo ciekawych zadań. Od trenowania siatkówki po kółko wiedzy o regionie. Pewna tego, że chce zostać lekarzem. 

W czasie tego tutoringu Kasia wyznaczyła sobie konkretny cel. Chciała zweryfikować swoje marzenia i dowiedzieć się, na czym konkretnie polega praca lekarza. Miała nawet pomysł, jak mogłaby to zrobić. Planowała założyć bloga, na którym publikowałaby wywiady z lekarzami różnych specjalizacji.

Był tylko jeden problem. Kasia strasznie bała się pójść i poprosić o taki wywiad. Była przerażona. Tak bardzo, że kiedy mówiła albo myślała o tym, zapominała o oddychaniu. Dosłownie trzęsła się ze strachu. Jeszcze nigdy nic takiego nie robiła. Zastanawiała się, jak w ogóle miałaby pójść do obcych ludzi i poprosić o to, żeby poświęcili jej swój czas. Co jeżeli lekarze odmówią albo nie będą mieli nawet takiej okazji, bo „te wredne pielęgniarki mnie wywalą”? (Pielęgniarki, bez urazy 😉).

Więc rozmawiałyśmy. Przez długi czas przy czym rozważałyśmy różne opcje. Ćwiczyłyśmy rozmowy, w których odgrywałam rolę „wrednych pielęgniarek”. W końcu Kasia poczuła gotowość.
W czasie tych wszystkich działań nie opuszczały mnie myśli, aby jej pomóc. Poważnie myślałam, aby pójść tam razem z nią. Mogłabym powiedzieć, że realizujemy projekt rozwojowy w ramach fundacji. Przecież byłoby jej łatwiej. Nie musiałaby się tak strasznie stresować.  Albo lepiej, mogłabym zadzwonić tam i uprzedzić o tym, że Kasia przyjdzie z prośbą o wywiad. Mogłabym też dać jej kontakt do znajomych lekarzy. To moi przyjaciele. Na pewno się zgodzą. Nieustannie zastanawiałam się , co robić.

W końcu odpuściłam. Nawet nie wiem, dlaczego. Chciałabym teraz powiedzieć, że to doświadczenie tutorskie i wiedza z tego obszaru. Ale nie była to żadna z tych rzeczy. Niczego takiego wtedy nie miałam. Po prostu poczułam, że powinnam pozwolić jej to zrobić samej. Intuicja, za którą, nie bez obaw, poszłam. Bałam się, że to się nie uda, że skoro Kasia boi się tak bardzo, to może zrezygnować w razie niepowodzenia.

Co zrobiła Kasia? Pokonała swój strach, poszła i przeprowadziła siedem naprawdę udanych wywiadów. Dowiedziała się od lekarzy wszystkiego, czego potrzebowała, aby utwierdzić się w podjętej decyzji. Pamiętam, jak ucieszyłyśmy się (nie wiem już, która mocniej) z jej sukcesu. Świętowałyśmy go długo, wspominając ciekawsze momenty. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że oddawanie odpowiedzialności i dawanie wolności jest naprawdę fajne.

To w zasadzie mógłby być koniec tej historii. Ale jest ciąg dalszy.

Kilka miesięcy później, pod koniec spotkania, w pewne piękne piątkowe popołudnie, Kasia oznajmiła mi, że chciałaby spojrzeć na temat z innej strony. Skoro już wiedziała, jak wygląda praca lekarzy z ich perspektywy, chciałaby sprawdzić, jak się sprawy mają ze strony pacjentów. Chciałaby też zobaczyć, jak jej samej jest w kontakcie z osobami, które są chore i potrzebują pomocy. W związku z tym pomyślała o wolontariacie w okolicznym domu seniora. Odpowiedziałam, że to świetny pomysł.

Miałam jeszcze wtedy w pamięci jej ekstremalne przeżycia związane z umawianiem się na wywiady z lekarzami. Spodziewałam się u Kasi wielkiego stresu, napięcia. Zapewniłam o swoim wsparciu i możliwości przećwiczenia rozmów (tak jak z pielęgniarkami), gdyby tylko miała ochotę. Umówiłyśmy się w tym celu na skype’a za trzy dni.

W poniedziałek wieczorem zadzwoniłam do Kasi. Pełna mobilizacji i przygotowana do naszych ćwiczeń. I spotkało mnie ogromne zaskoczenie. Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy usłyszałam:
Właściwie byłam już w tym domu seniora. Poszłam tam w sobotę rano. Porozmawiałam z kierowniczką i podpisałam umowę o wolontariat. Było naprawdę fajnie. Pograłam z jedną panią w chińczyka, a innej poczytałam gazetę. Aaa i były ze mną dwie koleżanki, a w następną sobotę idą jeszcze trzy”.

Oniemiałam. Nie mogłam uwierzyć, że ta dziewczyna, która jeszcze kilka miesięcy wcześniej niemal płakała przed rozmową z obcymi dorosłymi, dzisiaj pewnym głosem opowiada o tym, że nie tylko poszła i samodzielnie załatwiła swoją sprawę, ale też pomimo stresu, który jej towarzyszył, znalazła siłę, aby być dla innych. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Ale tak. To się stało!

Wtedy znowu, tym razem jeszcze mocniej, poczułam, jaką siłę daje wolność.  Przyszła zupełnie nieoczekiwanie i ukazała mi całe swoje piękno. Jest żywiołem, ryzykiem. Tak bardzo boimy się ją dać, a przynosi cudowne rzeczy.

W czasie pracy na blogiem i wywiadami Kasia od początku do końca zrobiła wszystko sama. W wolności. Nie dlatego, że musiała, lecz chciała. Nikt jej w tym nie pomagał. Musiała sama zawalczyć o siebie. Wiele ją to kosztowało, ale znalazła swoją wewnętrzną siłę. Wierzę, że to pozwoliło jej pójść dalej. Tak bardzo się tego obawiałam, chciałam jej pomóc i ułatwić życie. Dziękuję sobie, że tego nie zrobiłam. Myślę, że moja podopieczna nic by nie zyskała, gdybym wtedy, za pierwszym razem, poszła tam z nią i „załatwiła” jej te wywiady.

Wolność jest świetna. Trzeba ją tylko dać. Ograniczyć rolę opiekuna  lub – co gorsza – kontrolera. Pozostać na miejscu obserwatora i życzliwego towarzysza. Zaufać i zobaczyć, co będzie się działo.

Nauczyciele, rodzice  – dajecie dzieciom wolność? Jak się z tym macie?

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *